Piątek - --
Sobota - --
Niedziela - --

23-04-2012 09:31

Wspólna wystawa Kaśki Szeszyckiej i Konrada Królikowskiego "Pełnia - realizacja" jest jedną z najciekawszych ekspozycji tego roku. O tym, co wynikło ze spotkania dwóch tak różnych od siebie indywidualności i o tym, dlaczego warto walczyć z siłą formalizmu rozmawiam z Konradem Królikowskim.

Dość osobliwy z Was duet. Zdawałoby się, że reprezentujecie zupełnie inny typ osobowości, wrażliwości i obrazowania. Czym był dla Ciebie ten artystyczny alians? Spotkaniem czy konfrontacją?
Nie uważam naszego duetu za osobliwy. Różnice między Kaśką a mną są mniejsze niż to się powierzchownie wydaje. Może temperament jedynie. Artystycznie - i to na głębszym, intuicyjnym poziomie - dogadujemy się bardzo dobrze. Należymy do trochę różnych pokoleń, jesteśmy różnej płci, nasze trajektorie przecięły się, gdy byliśmy w różnych momentach w życiu, ale to okazało się dobre i inspirujące. Kaśka jest bardzo zdolna i zdeterminowana, a to dobre cechy partnera do współpracy. Dla mnie to bardziej działanie komplementarne niż konfrontacja. Chociaż oczywiście zawsze zetknięcie z osobowością jest jakąś konfrontacją.

Zbudowaliście swoją wystawę wokół swoistej opowieści o osadzie Rokita.
Tak, ale nie jest to monografia. To jest konkretne miejsce, ale moim zdaniem ani nie wyjątkowe ani nie reprezentatywne. Z tych powodów nie chciałem specjalnie eksponować nazwy, np. w tytule wystawy. Od początku skoncentrowani byliśmy na ludziach, ich portretowaniu fotograficznym i malarskim. Sposób tego portretowania i jego zakres terytorialny kształtowały się dość spontanicznie i doszliśmy do wniosku, że to jest to: takie miejsce i ci ludzie. To było proste i naturalne, tym bardziej, że spędzaliśmy z nimi dużo czasu. Postacią centralną - osobą, bez której nie prezentowalibyśmy akurat Rokity i rokician jest Kaśka. W którymś momencie zrozumiałem, że bez pokazania tego miejsca i ludzi, właśnie przez nią wystawa nie będzie miała odpowiedniego ciężaru. Jej narracja jest kluczem.

Konrad Królikowski, Bez tytułu (z cyklu Pełnia - realizacja), 2012, light box

Na ekspozycji znalazły się obrazy olejne, fotografie, projekcje wideo, instalacje muzyczne. Przeplatanie wielu technik i estetyk sprawia, że te wszystkie sprzeczne impulsy wzajemnie na siebie oddziałują. Kicz miesza się z poezją, groteska z liryką. Czerpiecie z tego całego bogactwa z prawdziwą odwagą...
Tytuł "Pełnia - realizacja" wskazuje między innymi na to, że chcieliśmy zaprezentować nasze bycie tam i nasze doznania z tym byciem związane, możliwie najpełniej. Rzeczywiście, użytych mediów i technik jest wiele, ale nie są sprzeczne, są spójne i podporządkowane celowi wielowymiarowego oddziaływania. Zależało nam żeby "oświetlić", wydobyć kształt z rożnych perspektyw, by nie mieć prostej tezy. Zaczynaliśmy dość chaotycznie. Kaśka zbierała lokalne osobowości, robiliśmy im zdjęcia i na ogół wszyscy dobrze się bawiliśmy. Wychodziło dobrze i zaczynało rosnąć. Byliśmy coraz bliżej naszych postaci i naszego miejsca. Okazało się, że obrazy to mało, że zdjęcia to też za mało, że potrzebujemy dźwięku, ruchomego obrazu. Czasem myślę, że przychodziło to zbyt łatwo, bo działo się trochę samo. Czas i koncepcja dojrzewała sama, nie kłopotaliśmy się nią. Długo jeszcze był czas na zwrot, nowy pomysł. Przeżywaliśmy to.

Czy świat prowincji, lokalność staje się punktem wyjścia do globalnych, uniwersalnych odczytań?
Życzyłbym sobie żeby tak było w przypadku tej wystawy. Chociaż prowincjonalność jest bardzo relatywna i kontekstualna. Rzadko dostrzegamy ją w sobie. Z pewnością są punkty widzenia, z których ten wywiad jest jej częścią. Patrzę na prowincjonalność bez wartościowania. Wiem, że każdy ma prawo do przystosowania się do świata, w którym żyje, którego na ogół nie wybierał i nie musi poza niego wychodzić. Szeroki horyzont nie trwoży tylko nielicznych. Lokalność w kontekście tej wystawy widzę, jako zakorzenienie i tradycję, ponad którą bohaterka całkowicie wyrosła i do której już dojrzale powraca. Ta konkretna lokalność moim zdaniem nie daje siły, a osłabia. Przemienić ją na coś atrakcyjnego, czym wzmacnia to sztuka. W centrum tej historii stoi Kaśka. Ja jej towarzyszyłem, otworzyłem się i zbliżyłem do tego miejsca i tych ludzi, choć nie byli z mojego świata. Musiałem poszukać czegoś wspólnego. W tym spotkaniu ten obowiązek był raczej po mojej stronie. Myślę, że jest to w zdjęciach. Nie czuję się jednak ekspertem od własnych prac. Chcę tylko podać temat, emocję i zaprosić, może nawet wepchnąć do środka. Liczę, że odbiorca już sam dopisze resztę, splecie to z własną biografią, z własnymi przeżyciami. Obawiam się trochę mówienia o wystawie żeby jej nie zbanalizować. Bo gdyby można ją było ładnie opowiedzieć, już nie trzeba byłoby jej robić. Kiedyś młody, rozemocjonowany człowiek mówił mi, co widzi w jakichś moich zdjęciach. Widział rzeczy, które nie przyszły by mi do głowy. Ale nigdy w takich sytuacjach nie zaprzeczam, nie prostuję. Kiwam głową, to jego prawo. Niech z tym robi, co chce choćby to, jak je czyta było płaskie, naiwne albo niestworzone. To już jest jego działka, nie moja.

Konrad Królikowski, Bez tytułu (z cyklu Pełnia - realizacja), 2012, light box

Jednym z filarów wystawy jest korespondencja pomiędzy obrazem a muzyką. Byłeś twórcą ścieżki dźwiękowej.
Fundamentem jest miejsce i postać. Ale muzyka odegrała swoją rolę. Patrzyłem na materiały video, brzmiały surowo i bezpośrednio. Była w tym jakaś poezja, ale dopiero muzyka odesłała te obrazy w inny wymiar. Muzyka podpowiada interpretację, ilustruje stan wewnętrzny bohatera. Jest abstrakcyjna, jest czystą emocją. Czułem w niej katastrofę czy liryzm, więc stan, nad którym nie panuję. A ja lubię panować nad wszystkim. I pomyślałem, że to dobrze, że powinienem iść tym tropem.

Twoim znakiem rozpoznawczym cyklu "Pełnia - realizacja" jest fotografia, która czerpie z malarstwa lub wręcz malarstwo imituje. Żonglujesz stylistyką epoki romantyzmu, bawisz się całym bogactwem symboli, łączysz archaiczne konwencje estetyczne z bardzo współczesnymi.
W istocie tak robię. Jednak romantyczność realizuje się chyba tylko w pokazaniu przyrody. Dzikiej, pięknej, strasznej i nieprzeniknionej. Może w nieobecnych twarzach postaci? Tam jest też i piktorializm i landszaft i symbolizm. Lubię mieć świadomość odniesień. Jednak żonglowanie nimi, ten rodzaj wiedzy o konwencjach i biegłość w kulturze, choć ważne, uważam za niewystarczające. Nie ma nic lepszego niż otworzenie trzewi, posiadanie osobistego komunikatu, który jest trwalszy niż formaty. Zwracam dużą uwagę na światło, lubię jego malarskość. Wszystkie tony, półmroki, odseparowane plany, cichy detal. Myślę, że mam też skłonność do wyraźnej kompozycji. Może, dlatego Kaśka zaprosiła mnie do współpracy?

W tych, jak i w wielu innych Twoich pracach pokątność ma często przewagę nad tym, co na pierwszym planie.
Nie nazwałbym tego pokątnością. Myślę, że chodzi o relację między postacią a jej otoczeniem i jak ono informuje o postaci. Zabawne, że czasem mówi sprzecznie z intencją, jaką można odczytać z jej ciała czy spojrzenia. Lubię te gry, nieskończone kombinacje. Czasem spójne, czasem zaskakujące. Trochę je wzbudzam, prowokuję. Technika też odgrywa swoją rolę.

Konrad Królikowski, Bez tytułu (z cyklu Pełnia - realizacja), 2012, light box

Twoja droga do kariery fotografa nie była ani oczywista, ani zaplanowana...
Fotografia jest zjawiskiem bardzo szerokim. Na tyle szerokim, że nie nadaje żadnej wyraźnej tożsamości. Być fotografem to tak jak być kierowcą albo internautą. Fotografowanie to może być zacne hobby klasy średniej, konsumpcja sprzętu elektronicznego. Sposób na poderwanie kogoś, ucieczka z nudnego domu, albo imitacja przygody, eksploracji nieznanych krain. To może być wszystko. A więc sama fotografia nie znaczy nic, jeśli nie ma się czegoś do wyszeptania lub wykrzyczenia. To tylko kolejne medium z własnym językiem, techniką, którą należy opanować. Jestem zdystansowany do niej. Nie czuję też żebym robił karierę. Osiągnąłem natomiast pewną biegłość, ale to niemal każdy osiąga z wiekiem. W przeszłości naoglądałem się i chciałem tworzyć piękne obrazy. Malowanie nie wchodziło w grę, nie byłem utalentowany lub wystarczająco ekscentryczny, więc wniknąłem w fotografię. Dziś utrzymuję się niemal tylko z niej i nie wszystko, co robię jest piękne. Nigdy nie chodziłem do szkoły fotograficznej i nie wysyłałem zdjęć na konkursy, byłem na to zbyt wrażliwy. Nie chciałem ryzykować bycia zignorowanym, pominiętym. Wiem, że wykształcenie zawsze wiele wnosi. W moim wypadku było to artystyczne samokształcenie. Nigdy nie była to rutyna, ta wiedza zawsze wiązała się u mnie z emocjami i zawsze była przeżywana, osobista. Przez brak kierunkowego wykształcenia nie jestem częścią artystycznego establishmentu. Dzięki temu nie mam pretensji do bycia artystą, a jedynie naturalnie nim bywam. Nie muszę udowadniać, że zasługuję na ogromny prestiż przypisany tej roli, a tylko cieszę się, gdy prestiż czasem przychodzi do mnie sam. Nie mam zobowiązań wobec środowiska, w którym trudno o obiektywną ocenę dokonań a wszyscy oczekują uznania za nie. Poza tym, nie organizuję imprez i nie tworzę instytucji, w których obsadzałbym się w roli głównej gwiazdy.

Konrad Królikowski, Bez tytułu (z cyklu Pełnia - realizacja), 2012, light box

Czy praca socjologa wpłynęła na charakter Twoich prac? Na ile te doświadczenia stygmatyzują Twoją twórczość?
"Stygmatyzują" to za mocne słowo. Nigdy nie było to traumą. Nie lubię przebywać w towarzystwie osób, które w kontaktach osobistych nie wychodzą z roli zawodowej, mówią tym językiem, używają tych kategorii. Wiem, że czasem jest to mimowolne. Z socjologią czy z antropologią kulturową było tak, że dały mi atrakcyjne narzędzia do rozumienia wielu rzeczy. Ale zamknąć się w tym, być jak kaznodzieja, który ma pismo i zna odpowiedzi na wszystkie pytania świata, to byłoby bardzo słabe. Jest więcej źródeł wiedzy i przeżycia. Miałem taki moment, gdy wyrzucili mnie z Instytutu Socjologii US, że musiałem na nowo skonfrontować się z tym, kim jestem i co chcę robić. Ale nie był to moment odkrycia sztuki, jako sposobu na życie. Był to tylko czas wzmożonej determinacji. Twórcze życie było już wcześniej. Taki reset, ale już sporo za mną stało. Wielkim plusem "bycia nigdzie" jest możliwość mówienia otwartym tekstem, brak zamotania. To na ogół ludzi pociąga, zwłaszcza tych zamotanych.

Konrad Królikowski, Bez tytułu (z cyklu Pełnia - realizacja), 2012, light box

Czy praca artysty daje możliwość robienia czegoś większego i ważniejszego? Wierzysz w pracę, która staje się świadectwem tego, co w człowieku najbardziej wartościowe?
To ciekawe. Wykonywałem wiele zawodów, ale działanie artystyczne i to najlepiej takie, za które dobrze płacą, daje mi najwięcej satysfakcji. To mnie najbardziej angażuje, każe dawać to, co najlepsze. Tylko tu nie chowam jakiejś ważnej części siebie, jestem sobą przez duże S. W tym sensie to jest to, co we mnie najbardziej wartościowe. Ale nie przeceniałbym pracy artysty i roli sztuki w życiu ludzi. To jedna z ostatnich potrzeb w hierarchii. W tym kontekście drażni mnie nieśmiałość, z jaką dzisiejszy odbiorca traktuje sztukę współczesną. Na ogół jest wobec niej bezbronny, całkowicie uznaje autorytet artysty, nie jest pewny siebie, nie czuje się partnerem w komunikacji. Widać to po zachowaniu widzów w galeriach, po tym jak stąpają, patrzą na innych. Wiem, że jest to wykorzystywane. Nie znoszę niechlujnych, beztroskich prac z dopisanym konceptem, który brzmi jak cytat z lektury, na której czytanie nie było czasu.


Konrad Królikowski (rocznik 1972). Absolwent socjologii US, słuchacz Europejskiej Akademii Fotografii w Warszawie. Fotograf, założyciel i lider wielu projektów muzycznych (między innymi Moto czy Turyzm). Zajmuje się portretem i reportażem. Dokumentuje działania performerskie i streetartowe (współpraca z grupą GLAMRURY). Współpracował z wieloma artystami, między innymi z zespołami Pogodno i Kristen.


Kaśka Szeszycka i Konrad Królikowski "Pełnia-realizacja"
Muzeum Sztuki Współczesnej, Oddział Muzeum Narodowego w Szczecinie
ul. Staromłyńska 1
wystawa czynna od 27 kwietnia do 20 maja 2012r.