Sobota - --
Niedziela - --
Poniedziałek - --

30-12-2011 09:53

Dla wielu Wędrowców Berlin był ważnym przystankiem. Jednym z bardziej znamiennych twórczych wpływów jakim to miasto obdarzyło któregokolwiek z Przybyszów był David Bowie. Oddał Miastu z nawiązką, nierozerwalnie wpisując się w jego nowoczesną historię i będąc jednym z tych, którzy odkryli i tworzyli jego unikatowy klimat.

Do Berlina Zachodniego wyruszył pod koniec 1976 roku. Nie tylko dlatego, żeby skonfrontować to miasto ze swoimi wczesnomłodzieńczymi wyobrażeniami, zobaczyć Berlin Bertolta Brechta, Kurta Weilla, niemieckich ekspresjonistów. Bowie musiał nabrać nowego rozpędu, wyczyścić się i zapisać na nowo. Klimaty Los Angeles jakkolwiek twórcze, dawały też nieograniczone możliwości do zdobycia kokainy, głównego pożywienia ówczesnych artystów. W połączeniu z życiem na ekstremalnie wysokich obrotach, swobodnym żonglowaniem swoją tożsamością na oczach tysięcy, chorobliwym wręcz zainteresowaniem okultyzmem dało to taki efekt, że David Bowie najzwyczajniej zaczął tracić kontakt z rzeczywistością, a rzeczywistość z nim. Sławne stały się jego wypowiedzi o Hitlerze jako idolu i wzorcu. Tutaj również prasa zaczęła tracić wątek.

Mimo przeróżnych wyobrażeń i mitów, które miał w głowie, Berlin dla Bowiego i tak okazał się kulturowym szokiem, gdzie ludzie mówią językiem, którego znaczenia słów nawet się nie domyślasz i istnieje dziwna presja: wyczuwalny każdego dnia cień Muru. Szok, który przeżył, każdego dnia otaczając się ludźmi, których ojcowie faktycznie służyli dla SS, a na Murze natykając się na swoje nazwisko zakończone swastyką, pozwoliło mu trochę otrzeźwieć i wstrzymać publiczne peany na cześć Hitlera jako pierwszej gwiazdy rocka.

Berliński okres okazał się kolejnym wielkim krokiem naprzód w muzycznym rozwoju Bowiego. Przez te trzy lata powstały trzy nowe albumy, odsłaniające kolejną wielką muzyczną osobowość Bowiego. "Low", "Heroes" i "Lodger" zyskały miano "berlińskiej trylogii". Bowie tworzył nie tylko siłą rozpędu, ale też przy pomocy wielkich inspirujących osobowości, którymi się wtedy otoczył: Iggy Pop (na ten czas nierozerwalny brat bliźniak), Brian Eno czy Tony Visconti, to było jego berlińskie muzyczne środowisko. Jak każda odyseja, jego również dobiegła końca, zostawiając jednak niezatarty ślad w nim i w Berlinie tego mało wesołego okresu zimnej wojny.

Do Berlina powrócił jeszcze w 1987 roku grając koncert dla Berlińczyków i odczytując po niemiecku przesłanie specjalnie dla tych młodych ludzi po drugiej stronie Muru: "We send our best wishes to all our friends, who are on the other side of the Wall", a potem gra "Heroes", piosenkę o nich i specjalnie dla nich dedykowaną. Berlińczycy zza Muru słyszą tylko jej echa. Komuniści zabrali im Bowiego, tego się nie wybacza.

Jeżeli chcecie podążyć śladami Bowiego i Iggiego, warto wejść na stronę musictours-berlin.com i zabukować wycieczkę.