Środa - --
Czwartek - --
Piątek - --

25-05-2011 15:44


Więcej książek:
Po lekturze najnowszej książki Jacka Żulczyka czuję się nieco oszukana.

Autor "Zrób mi jakąś krzywdę..." niewątpliwie poradził sobie z  gatunkiem współczesnego horroru, który w prezentowanej formie znany był mi wyłącznie z ekranów kin.
Fabuła książki trzyma w napięciu, bezsilność bohaterów i beznadziejność sytuacji budzi w czytelniku grozę i niepokój. Pomysł uwięzienia uczestników koszmaru w mieszkaniu Agnieszki - jednej z bohaterek -  jest oryginalny i daje idealną przestrzeń na wypełnienie powieści emocjami, jakie towarzyszą terrorowi.
Pomimo idealnych warunków dla stworzenia książki gatunkowo ważnej, gdy mija pierwsze zachłyśnięcie swobodą czytania okazuje się, że fabuła jest pełna luk. Postaci, dobrane przekrojowo niczym pod dyktando społecznej analizy: matka walcząca o prawo do dziecka, dresiarz - kibic, zagubiona studentka, weganka - aktywistka oraz gardzący pieniędzmi makler, mimo, iż zachowują się zgodnie ze wzorcami, nie mają logicznego powiązania z akcją.
Rosnące napięcie opada wraz z banalnym zakończeniem, sugerującym, iż równie bezmyślny jak ofiara był również oprawca. Szkoda. Liczę, że kolejna powieść Żulczyka - "Zmorojewo"- okaże się bardziej przerażająca aniżeli koszmarna.

wyd. Znak